Poleca:

Aweo.pl - skuteczne pozycjonowanie.



Polecane Strony:

solmed.pl - peeling
przystan-psychologiczna.pl - Gabinet psychoterapeutyczny
stal-kwas.pl - stal nierdzewna
rol-dan.pl - zaluzje poznan
vademecumtax.pl - pomoc w zakładaniu firm
Zapraszamy.
A A A

Szkoła Świata - cz. II

 

 

 

CZĘŚĆ DRUGA. — W STOLICY.







Przeskoczmy lat kilka, i zajdziemy do owej ciemnej kamienicy, która zdobi główną ulicę stołeczną. Obszerna to kamienica, z ciosowego kamienia, ozdobiona mnogiemi dawnego smaku rzeźbami, między któremi pierwsze miejsce zajmuje herb Jastrzębców.

Wejdziemy po kamiennych schodach, strojnych w kwiaty, dla lepszej wygody dywanem wybitych, na pierwsze piątro. Mnogie tam są pokoje, przystrojone w sprzęty najmodniejsze. Lecz nam o to nie idzie. Chcemy się co prędzej poznać z głównemi mieszkańcami czarnej kamienicy.

Skreślony wchód minąwszy, przejdziemy kilka pokoi frontowych, i znajdziemy się nareszcie w pokoju niewielkim, ale ślicznie ustrojonym i wonnym od kwiatów, i od tego powietrza rozmaitemi woniami przesiąkłego, jakie zwykle powiewa w pokoju młodej kobiety. Jakoż widzimy pokoju tego mieszkankę nietylko młodą, ale i piękną. Cała wyświeżona, bielutka i różowa, drobnemi, jakby utoczonemi kształtami uposażona, o jasnych oczach, i jasnych włosach, które ledwie pokrywa jakieś lekkie opięcie gazowe; siedzi na kanapie z oczami, niespokojnie w tej chwili zwróconemi ku oknu. Czasem się nawet podniesie i przyłoży czoło do szyby, czy żeby główkę ochłodzić, czy żeby lepiej się przypatrzyć idącym przez ulicę.

Zaturkotało nareszcie; to powóz zajechał, powóz domowy snać, bo z hurkotem niepospolitym zajechał w sień kamieniczną.

Po chwili otworzyły się drzwi, i weszła a raczej wleciała kobieta, której powierzchowność zasługuje ze wszech miar na opis choćby najkrótszy. Gdyby nie jej ciągła ruchliwość, gdyby tak mogła chwilkę trzymać się nieruchomie, każdy by ją miał za rodzaj obrazu czy portretu, tyle było na niej malowania. I włosy, i brwi, i twarz, i usta, i piersi dosyć odsłonione, wszystko to było malowane i fałszywe. Tyle na zewnątrz. A na wewnątrz, jeżeli wolno sądzić po ruchach, mowie i całej mimice, wszystko było równie fałszywe, wszystko udane. Dwoma słowami by ją odmalować, było to malowidło i komedja, i nic więcej. Wpadłszy do wonnego pokoju, jeszcze nie przemówiła, zmęczona biegiem przez schody, ale jej usta już się lak żywo ruszały i z takim wyrazem, że koniecznie się trzeba było domyśleć, jako ma bardzo wiele do powiedzenia, i bez mnogiego dodania obejść się nie może. Lecz tym razem nie przyszła do pierwszego słowa.

Młoda pani zmarszczyła brwi srodze, co jej twarzy dodało wiele lat, a ujęło jeszcze więcej wdzięków, i rzucając ukośne spojrzenie, które ją także nie upiększyło, przemówiła pierwsza:

— Ależ jesteś nieznośna, moja ciociu!.. ja czekam całe godziny... ja się nudzę... ja się niecierpliwię... a pani sobie jezdzisz po mieście moim powozem... i oczywiście zbierasz plotki.

— Dla ciebie, Róziu, droga!.. przemówiła ciocia, lecz nagle urwała.

— Zaraz! zaraz! mówiła dalej, opędzając się najpocieszniej rękoma od małego pieska, który podskakując co siły, poszczekiwał najnamiętniej piskliwym i przeraźliwym głosem.

— Cóż to za pies nieznośny!.. ciągnęła ciocia, wiorując sobie rękami. Zawołaj że go proszę ciebie.

— Bibi! chodź tu!.. on ciebie nie cierpi, ciociu... psy mają nieraz doskonały instynkt. Bibi! chodź tu! siedź cicho.

Przecie uspokoił się Bibi, nieznośny i krzykliwy szpicelik, ale wielki faworyt młodej pani.

— Nieznośne psisko!.. zmęczył mnie!.. Jak można lubić takie potworne stworzenie.

— Ja go lubię!.. bo mam od niego ...

— Od kogo?.. od męża?.. zapytała ciocia złośliwie.

— Nie! od niego!.. ale dosyć o psie...

— Zobaczysz, że ten pies nieszczęście ci jakieś przyniesie , bo pan Zygmunt go niecierpi.

— Dosyć tego!.. rzekła młoda pani, tupając nóżkami niecierpliwie. On to musi lubić, co ja chcę, żeby lubił.

— I Ferdynanda nawet?.. zaszydziła ciocia!..

— Mów że mi o nim!.. wszak potom cię wysłała.

— Nie zdybałam go nigdzie.

— I u Konstancji nie?..

— U Konstancyi było zamknięto; nie przyjmowała nikogo.

— Czyż był lam?

— Ja tego nie mówię...

— Niecierpliwisz mnie, ciociu!..

— I ty mnie!.. pleciesz jak z gorączki, wiedziona ślepą zadrością.

— Bo ja go kocham.

— To bardzo pochlebnie dla twego starego męża.

— Moja pani! zakrzyknęła młoda pani, i w lej chwili twarz jej miała wyraz złośliwy, w srogość przechodzący. Bez przymówek!.. Pani wiesz przecie...

— Że mi dajesz pieniądze na życie; wiem. Ale ja ci daję rady, stokroć więcej warte, bo ty niby zawsze miałaś rozum i dowcip, ale zawsze dawałaś się unosić niepotrzebnej namiętności. Nie gniewaj się bez potrzeby, bo my sobie oboje potrzebne, i słuchaj z uwagą, co ci powiem,

— Słuchaj!.. ale mów do rzeczy i prędko. Popatrzyły się obie panie z uśmiechem na pozór,

ale nie trzeba było wielkiego psychologa, aby poznał, że się obie serdecznie nie cierpią.

Kto są te panie, nie trudno odgadnąć. Młodsza jest owa piękna Rózia, córka gołego hrabiego Stanieckiego, która, jak to łatwo było przewidzieć, została żoną starego kawalera pana Zygmunta Kalinieckiego. Starsza, to owa kochana kuzynka Warszawska, jako ciocia adoptowana przez panią Zygmuntowę, jej powiernica i doradczyni, jeden z tych exeroplarzy, łatwo zdybanych w świecie salonowym. Wsciubska, gaduła, plotkarka, ale przytem zgrabna i przewrotna, trzyma się w tym świecie niby

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 33 Następna »